Tkactwo – zaginacz czasoprzestrzeni

Zaczyna się zawsze tak samo. Trochę jak w grze w podchody lub w tańcu zalotnika. Delikatnie, małymi krokami, na paluszkach. Od momentu pojawienia się konceptu w głowie, długo niby nie dzieje się nic, ale to tylko złudzenie. Proces twórczy już trwa. Zaglądam do pracowni na coraz dłuższe chwile, przeglądam narzędzia, przędzę, ramy. Przygotowuję to miejsce na swoją dłuższą obecność. Przychodzi moment, w którym pomysł mieszkający w głowie staje się projektem na papierze. Waćpanny kartki, kredki, farby oraz waćpanowie ołówki mają wtedy swój czas. Równocześnie, gdzieś z boku powstają małe próbki: test materiałów na osnowę i wątek, test rozstawu osnowy, test splotów na wybranej przędzy. I tak docieram do pierwszej emocjonującej chwili w realizacji: naciągnięcie osnowy. W zasadzie żaden szczególny moment, zawsze przebiega tak samo, nie niesie za sobą żadnego efektu w postaci „wow!”. Ale niesie pozytywne emocje, cieszy. Oznacza początek, daje podstawę, solidne rusztowanie, bez którego nie powstanie żadna tkanina. I oznacza, że… zaraz zniknę. Że od tej chwili inaczej będę postrzegać czas. Godziny będą płynąć jak minuty, dni jak godziny. Wątek wchłonie mnie jak czarna dziura. Rytm splotów pozwoli działać w skupieniu. Kolejno przyrastające rzędy, nakręcają na więcej i więcej.

I tak się tka…

I tak się płynie…

I tak nie można się oderwać…